Dzisiaj bardziej rozważania niż zdjęcia. Większość fotografów zdaje sobie sprawę z ogromu przemyśleń, czasu i warsztatu jaki trzeba poświecić na realizację jednego ujęcia “aktowego”.
Sztuka to niebywale trudna i skomplikowana. Więc po co się męczyć
otóż akt to w 100% panowanie nad światłem. Tutaj nic się nie ukryje, niczego nie da się zamaskować (oczywiście mówię o fotografii nie o grafice) i powiem więcej, akt powinien zaskakiwać odbiorcę. Świeżością, naturalnością, lekkością ujęcia, subtelnością i precyzją zarazem.
Wielokrotnie podchodziłem do tematu aktu. Wielokrotnie. Za każdym razem byłem niezadowolony. Zawsze czegoś brakuje. Za każdym razem naga postać na odbitce nie zadowala mojego poczucia smaku. Jedyne momenty i ujęcia to tzw. bodyscape. One sprawiają mi radość w oglądaniu. Pewnie wynika to z mojego zamiłowania do detali
, bo przecież diabeł tkwi w szczegółach i to dbałość o nie stanowi o całości.
Tak czy siak, na razie koniec z całymi postaciami w wersji aktowej. Od czasu do czasu bodyscape.
Poniżej kilka klatek z ostatniej sesji.
Shalom







